Czytelnia

Proroctwo do zboru w Nowej Osadzie

Email Drukuj PDF

19 lipca 2015r. w niedzielę gościliśmy w naszym zborze braci i siostry z Ukrainy.

Jedna z sióstr, której Bóg udzielił dar prorokowania, otrzymała poselstwo dla naszego zboru.

Zostało ono przetłumaczone przez braci na nasz język.

Oto jego pełna treść:


Patrzę uważnie. Niektórzy zapomnieli o nierozwiązanych węzłach i idą przygnębieni.

Ale łaska moja dzisiaj przemawia. Rozwiążcie węzły, a będzie wam dane miłosierdzie i radość.
Widzę tych, którzy w wielkim zmęczeniu idą i mówią: "Panie, gdzie jesteś?"
Ja mówię: szukajcie mnie całym sercem.
O naród, naród! Zawarłem z wami umowę, ale ty szukasz innej drogi, nie tego, co mi przyjemne.

Widzę niektórych nieprzepasanych do walki i nie widzących tego,
czego ja pragnę, a Ja chcę czystości i świętości.

Ja chcę, żebyście szli drogą uświęcenia.
Oto wzbogacił się naród i mówi, że "nie ma potrzeby".

A Ja mówię : bądźcie przepasani do walki,
bo nie śpi ten, który rujnuje i niszczy.

On czuwa, żeby uniżyć, zranić, ale Ja chcę objawić swoją łaskę.
Jeżeli nawrócą się całym sercem ci, którzy chodzą innymi drogami i jeżeli będą pić z mojego źródła,
a nie szukać innych źródeł, to Ja mówię:

ożyją serca wielu i na tym miejscu zleją się wody łaski Bożej.
Bóg mówi: było tak kiedyś, ale to zgasło. Trzeba rozpalić ogień na ołtarzu, bo jest tylko dym.
Ja jestem zazdrosny o każdego. Będę uciskał każdego oddzielnie, będę topił, żeby oczyścili się,
żeby przyszli do mnie i nie polegali na własnych siłach, tylko na mnie.

I zobaczycie różnicę i powiecie:
"żywy jest Pan, a nie pusty obrząd."

Świadectwo życia- Zuzia Raszka z Czerchli

Email Drukuj PDF

Warto przeczytać!

Zachęcamy do przeczytania świadectwa cioci Zuzi z Czerchli, która opowiada o swoim życiu. W tym roku obchodziła jubileusz 90-tych urodzin.

Prawie 100 lat temu, gdzie okiem sięgnąć rozpościerała się zielona kraina, zachwycająca majestatem i dostojnością pięknych drzew. Nic dziwnego - lasy te były zarządzane prze urzędników Monarchii Austriackiej. Sam cesarz bywał tutaj na polowaniach, a przecinające góry w poprzek -rajsztaki, były ścieżkami spacerowymi do jazdy konnej austriackich oficjeli. Zmiany polityczne po I wojnie Światowej spowodowały, że tereny te wróciły do Polski i podlegały polskiej administracji. Jednym z ogniw w dozorze nad lasami, był gajowy Raszka, zamieszkujący wraz z rodziną, skromny domek- gajówkę na Przysłupiu. W gajówce urodziło się dwoje starszych dzieci, a w 1924 r października przyszła na świat dziewczynka, której nadano imię Zuzanna. Można by rzec, że gajówka na Przysłupiu, to było najodleglejsze miejsce do zamieszkania w okolicy. Mała polanka a wokół lasy i lasy. Niełatwo było o zaopatrzenie w najpotrzebniejsze artykuły do prowadzenia gospodarstwa domowego. Była wprawdzie krówka ale trzeba było ogarnąć i inne potrzeby rodzinny. Po pewnym czasie nadarzyła się sposobność, przeniesienia do leśniczówki pod Malinkę, leżącej przy samej drodze, ułatwiającej Raszkom funkcjonowanie. Leśniczówka pod Malinką, to był jeden z krótkich przystanków kolejnych przeprowadzek. Następna była Tokarnia, potem na czas jakiś pożegnanie z górami i dalsze: Kiczyce i Hażlach.

W 1932 roku urodziła się najmłodsza córka Emilka. Rodzina Raszków była całkiem spora, dwóch synów i cztery córki. Synowie nie dożyli dojrzałego wieku: jeden umarł jako niemowlę, drugi jako 17-latek. Przed wybuchem II Wojny, Raszkowie przeprowadzili się do Wisły i zamieszkali w Kopydle. Ojciec pracował w przedsiębiorstwie drogowym, przy budowie mostów. W czasie wojny w 1942, przeprowadzili się po raz kolejny do Czarnego, do domu kuzynki, której mąż zginął w Oświęcimu. Skromny pokój i kuchnia musiały wystarczyć do życia. To był czas biedy i wielu wyrzeczeń, ale tak żyła większość mieszkańców Wisły. Nakazem pracy niemieckiej administracji, 15 letnia Zuzia została zatrudniona w Domu Wczasowym u Starego /rejon Partecznika/. Miała skończoną 7- klasową szkołę podstawową i zaliczyła jeden rok Szkoły Gospodarstwa, która później przekształciła się w Technikum Hotelarskie. Pod koniec wojny, rodzina na wskutek urzędowego nakazu, przeprowadziła się do Głębieczka do domu ciotki. Matka Zuzi nawróciła się w młodym wieku i to jej postawa miała wpływ na duchowy rozwój córek. Ojca "religijne", jak to określał, tematy nie interesowały. Kiedy skończyła się wojna, Zuzia znalazła możliwość zatrudnienia w lesie w tzw. dniówce, a później w sklepie jako ekspedientka. Jak sama mówiła, nie lubiła pracy w handlu. Znalazła posadę w zakładach Elektromet w Cieszynie, jako magazynier w ekpedycji. W Cieszynie pracowała też w banku, najmłodsza siostra Emilka, która skończyła wcześniej Zakładowe Technikum Odzieżowe.
Obydwie siostry mieszały razem i nareszcie nastał czas normalności. Obie miały pracę i comiesięczne wynagrodzenie, małe mieszkanko, po pracy czas dla siebie. Ze względu na trudne warunki materialne, ograniczony wojennymi realiami dostęp do edukacji, Zuzia chociaż zdolna i spragniona wiedzy, zdobyła podstawowe wykształcenie. Pobyt w Cieszynie umożliwiał korzystanie z biblioteki i poznawanie świata poprzez czytanie.
W wspomnieniach Zuzi ten okres był jednym z najmilszych jakie przeżyła. Po wojnie, dokładnie w roku 1950, Zuzia weszła w przymierze z Panem, chrzcząc się jako świadoma swojej decyzji 26 letnia kobieta. Ten krok był poprzedzony wcześniejszymi przeżyciami Bożej obecności i miłości, jakie towarzyszyły Zuzi w niełatwym życiu. Łączność ze Zbawicielem pomagała jej zawsze w różnorakich wyzwaniach życia .W 1957 roku rodzice podjęli decyzję o budowie własnego domu. Niestety, w tym samym roku rozchorowała się mama. Wymagała pomocy i Zuzia zwolniła się z pracy, opuściła Cieszyn i zamieszkała z rodzicami. W Wiśle zatrudniona została w Gminnej Spódzielni, w której pracowała aż do emerytury. Łączyła te obowiązki z opieką nad matką i pomocą przy budowie domu. Bardzo skromnie, z wielkim wysiłkiem, przy stałych niedostatkach pieniędzy, jednak pragnienie posiadania własnego kąta sprawiło, że w roku 1958 przeprowadzili się na swoje. Domek, który w takim trudzie powstawał, ładnie się prezentował: drewniane ściany z małym balkonikiem od frontu. W tym domu też zamieszkała po ślubie w 1959 siostra Milka. Mąż Milki, Jurek Cieślar pochodził z Malinki. W kilkuletnich odstępach czasu, w domku na Czerchli, pojawiły się kochane dzieciaczki; najstarszy Boguś, Mirek i córka Danusia. Zuzia jak mogła włączała się w pomoc przy prowadzeniu gospodarstwa domowego. Opiekowała się też coraz słabszymi rodzicami; ojciec w nowym domu przeżył jeszcze 10 lat i zmarł w 1967, a matka w 1981 roku. Wkrótce okazało się, że starsza siostra, mająca poważne problemy zdrowotne, została bez opieki i pomocy nieodpowiedzialnego męża. Choroba uniemożliwiła samodzielne życie tak, że Zuzia przeprowadziła się do jej mieszkania służąc różnoraką pomocą. Niełatwa to była służba. Siostra powierzyła swoje życie Panu ale cierpienia jakie w związku z chorobą /nowotworem/ przeżywała, sprawiały,że opieka nad nią wymagała cierpliwości, wyrozumiałości i poświęcenia. Siostra po pewnym czasie zmarła. Zuzia nie założyła nigdy własnej rodziny, mieszkała we wspólnym domu z rodziną najmłodszej siostry, ale bardzo leżał jej na sercu los siostrzeńców i siostrzenicy, o których zawsze się modliła i modli. Zajmowała się także nauczaniem dzieci na Szkółce Niedzielnej w zborze u Malinczanów. Jak sama wspomina, nie dysponowała żadnymi materiałami do pomocy w przekazywaniu dzieciom Bożych prawd. Szukała w jedynym dostępnym na tamte czasy wydawnictwie dla dzieci - gazetce kościoła EA pt."Przyjaciel Dzieci" historii, przykładów mówiących do dziecięcej wyobraźni i serca. Dopiero pod koniec lat pięćdziesiątych staraniem brata Prowera zostały wydane "Szkice Biblijne" z materiałami wspomagającymi nauczanie dzieci. Pan wie, czy ciocia Zuzia nie mając własnych dzieci, nie stała się duchową mamą dla "jednego z tych małych". Życie w miłym, drewnianym domku płynęło dalej, raz spokojnie, raz burzliwie. Jedyna córka Cieślarów - Danusia wyszła za mąż, za chłopaka z terenów Bieszczad, a więc bardzo daleko od rodzinnego domu. Było to trudnym przeżyciem dla rodziców, a także Zuzi. Plany względem niej, może głęboko skrywane w sercu musiały się zmienić wobec decyzji młodych. Wnuczęta, które cieszyły dziadków i ciocię przychodziły na świat daleko i tylko okazjonalnie można było je zobaczyć i uściskać. Z rodzicami zostali Mirek i Boguś, który też po pewnym czasie się wyprowadził. Z biegiem czasu siostra Milka młodsza o 8 lat od Zuzi, zaczęła dziwnie słabnąć. Po zrobieniu dokładniejszych badań okazało się, że choruje na pewien rodzaj białaczki tzw. szpiczaka. Rozpoczął się dla wszystkich w domu trudny czas związany z okresami polepszenia i nawrotów choroby. Pobyty w szpitalu, powroty do domu i cały czas nieubłagalny, powolny postęp choroby. Mąż i syn pomagali chorej, a także Zuzia wspierała ją zachęcając do ufania Panu. Nie było łatwo patrzeć jak stopniowo traci siły, jak wkrada się zniechęcenie i przygnębienie. Trzeba było duchowej mobilizacji do walki o wiarę i podtrzymywanie sił duchowych słabnącej siostry. Po kilkuletnim okresie choroby, Milka odeszła do Pana, któremu powierzyła w młodości swoje życie. Na Czerchli pozostał wdowiec Jurek, syn Mirek i ciocia Zuzia, która w tym roku, 20.09.2014, skończyła 90 lat.

Z łaski Pana, pomimo wielu zdrowotnych problemów, ciocia Zuzia jest "sprawna duchowo", wstawiając się w modlitwie, zachęcając do wiary domowników, tym bardziej, ze szwagier Jurek po udarze jest częściowo sparaliżowany i niezdolny do samodzielnego funkcjonowania. Pomimo operacji i okularów, ciocia nie może już czytać. Wykorzystuje za to w inne możliwości: śpiewa pieśni, które zapamiętała, słucha kaset, stara się swoim sposobem życia wnosić pokój w otoczenie. Odwiedzając ciocię Zuzię, zawsze z zainteresowaniem słucham o duchowych prawdach, które odebrała w widzeniu, czy słuchając nagrań magnetofonowych. Służąc całe życie innym, wiele razy sama doznawała Bożej pomocy i uzdrowienia w własnych chorobach i problemach. Przeżycia z Panem, którymi ciocia dzieli się z odwiedzającymi, są świadectwem jej miłości do Pana, wiernego Pasterza, prowadzącego swoją owieczkę przez góry i doliny, takie jak miejsce, w którym się urodziła i obecnie mieszka.

Świadectwo życia- Ewa Czyż z Uscieńkowa

Email Drukuj PDF

Warto przeczytać!

"Aż dotąd prowadził mnie Bóg..." Przedstawiamy świadectwo życia naszej siostry Ewy Czyż, która w tym roku skończyła 90-te urodziny.

Jest taka piękna polana, rozciągająca się pod Smrekowcem, a po naszemu Czuplem, z łąkami łagodnie opadającymi ku południowi, otoczona bukowym i świerkowym lasem. To jedna z wielu, położonych z dala od głównych dróg przecinających Wisłę. Ile wymagało wysiłku wydarcie tej ziemi lasom, świadczą coraz bardziej pozarastane gromadnice. Przyglądając się tym kamiennym groblom, okalającym uprawiane kiedyś pola, nasuwa się myśl o niesłychanej determinacji tych, którzy prostymi narzędziami, z wielkim trudem zagospodarowywali każdy skrawek wykarczowanej ziemi. Nic dziwnego, bo przecież posiadanie własnego pola decydowało o przetrwaniu i bardzo skromnego zaspokajania potrzeb rodziny. To co działo się na gospodarstwie, było głównym wątkiem egzystencji, wszystko inne było dalszym planem. Urodziny dzieci, choroby, umieranie, miały prawie ten sam ciężar gatunkowy, co wydarzenia w oborze i na polu. Nie inaczej działo się i na Uścieńkowie - jak nazywano wspomnianą uroczą polanę.

Rytm życia wyznaczały pory roku i przynależne do nich gospodarskie obowiązki.
W ten rytm wrosła też córka Czyżów - Ewa, urodzona 27.10.1924 roku. Starszy syn Czyżów nie wrócił z wojny, a młodszy znalazł żonę już nie z gospodarki i ożenił się do Stelera /dzisiejsza Oaza/. Dobrze się żyło w rodzinnym domku, którego jedna cześć jeszcze jest zachowana. Ten zachowany fragment jest najstarszym z dawnego budownictwa w Wiśle, ma ok. 250 lat. Rodzice byli ewangelikami, bogobojnymi i pracowitymi. W domu często śpiewano z kancjonału, czytano Dąbrówkę. Te treści wzbudzały w sercu mamy Ewy pragnienie, żeby bliżej poznać Tego, o którym się czytało i śpiewało - Pana Jezusa. Pewnego razu, znalazła się na domowym spotkaniu, prowadzonym przez nawróconego kaznodzieję. Zwiastowane słowo wzbudziło potrzebę pokuty i oddania życia Zbawicielowi. Po pewnym czasie, na postawie wyznania wiary w Pana Jezusa, została ochrzczona jako dorosła osoba. Córka Ewa mając 23 lata wyszła za mąż za Adolfa Czyża. Razem z mężem i mamą uczęszczali do Zboru u Malinczanów. Oczywiście chodziło się piechotą, dzisiaj te dróżki wydeptywane kilkanaście razy w miesiącu, powoli pozarastały. Przełomem duchowym w jej życiu było nabożeństwo sylwestrowe w 1951r. na którym poprosiła o modlitwę braci, wyznając grzechy i oddając życie Zbawicielowi. Decyzję wierności Panu Jezusowi potwierdziła chrztem. Zawsze pragnęła uczestniczyć w spotkaniach wierzących, wspólnie chwalić Pana, budować się Słowem. Kiedy pojawiały się trudne sytuacje, można było zwrócić się z prośbą o modlitwę zboru. Spośród wielu przeżyć jest takie jedno szczególne wspomniane przez ciocię Ewę, dotyczące córki Marty. Jako dwuletnie dziecko, zatruła się jedząc coś niedojrzałego. Ewa zostawiła ją prawie nieprzytomną z babcią, a sama pobiegła do zboru na wieczorną modlitwę, prosząc z całym zgromadzeniem o uzdrowienie Martusi. Kiedy wróciła z powrotem, dziecko było zupełnie zdrowe. Takich wysłuchanych modlitw doznawała wiele razy w swoim długim życiu. Nie pracowała nigdy zawodowo, całe życie podporządkowane było obowiązkom na gospodarstwie. Ewa pomimo utrudzenia i wysiłku jaki towarzyszył pracy na gospodarstwie, nie narzekała. Lubiła obrządek w oborze, jak sama się wyraziła na jednym z nabożeństw dziękczynnych: "nawet kotek, który żyje w obejściu wierzącego właściciela, powinien odczuwać jego troskę i dobroć". Potwierdzała to słowem z Przypowieści Salomona 12,10 "sprawiedliwy dba o życie swoich zwierząt". Odwiedzając sporadycznie Czyżów na Uścieńkowie, zawsze byłam pod wrażeniem dobrze utrzymanego gospodarstwa i całego areału otaczającego zabudowania. Córka Marta kontynuowała tradycje gospodarskie. Wyszła za mąż za pracowitego chłopaka Tadzia Szalbóta z Wyrchmalinek. Młodzi powiększyli stado krów, stając się producentami mleka, oddawanego do punku skupu. W roku 1982 umarł mąż Ewy. Stratę męża złagodziły narodziny wnuków: pierwsza urodziła się Dorotka potem Tomek, Agnieszka, Piotrek i na końcu Paweł. Babcia na ile czas i siły pozwalały, włączała się w opiekę nad wnukami. Niestety spokojne, pracowite życie, przerwała tragiczna śmierć zięcia - Tadzia. Ewa stojąc nad jego trumną wiedziała, że tylko Boża pomoc i opieka mogą zaradzić w tej bardzo trudnej, bolesnej sytuacji. Z pomocą pośpieszyło wielu braci i sióstr ze zboru. Pomagali w pracach polowych, służyli samochodem, wspierali na różne sposoby. Ciocia Ewa wspomina z wdzięcznością tych wszystkich, którzy pomogli nieść ciężar smutku jak również obowiązków. Wypadek w którym zginął Tadziu, na zawsze zmienił życie rodziny. W domu brakło męża i ojca, a najmłodszy Paweł w chwili śmierci taty, był 8-mio dniowym noworodkiem. W obejściu brakło gospodarza, najstarszy z chłopców Tomek, miał dopiero 9 lat. Bardzo trudna sytuacja mobilizowała wszystkich domowników do włączania się w obowiązki gospodarskie. Babcia Ewa była tym "mechanizmem napędowym" w organizacji prac w obejściu. Gdyby nie więź ze Zbawicielem w modlitwie i posilenie które otrzymywała, to ten "mechanizm" długo by nie wytrzymał. Na własnym ciele doznawała uzdrowienia z niejednej dolegliwości. Wiele osób w zborze kojarzy ciocię Ewę, jako gaździnę, dzielącą się przeżyciami na corocznych nabożeństwach dziękczynnych. Dla nas młodszych ten entuzjazm z jakim opowiadała o niełatwym przecież życiu, wzbudzał zadziwienie ale i wdzięczność do Naszego Pana, który ją posilał. Dzisiaj sędziwa jubilatka mieszka w nowym domu, który też z wyrzeczeniami i trudem powstawał, z pomocą rodziny zięcia i braci ze zboru. Z okien rozciąga się wspaniały widok na góry i pola, które zabrały tyle wysiłku i potu. Wszystko się zmienia, gospodarowanie ograniczyło się znacznie, trójka wnucząt pozakładała rodziny i wyprowadziła się z Uścieńkowa. Wspominając miniony czas, ciocia Ewa stwierdziła, że ulubioną pieśnią, która podsumowuje jej życie to pieśń: "W mojej pamięci na zawsze się wrył, cudny, wspaniały ten dzień, gdy na rozstaju w ciemnościach bez sił, Zbawcę spotkałam wśród mgieł. Jakiż On wierny przyjaciel i druh - zaraz wyciągnął swą dłoń! Jezus, Zbawiciel, mój Pan, moje Życie, już zgubna nie grozi mi toń. "Żyjąc na tej ziemi prawie cały wiek, doświadczając wielu zmian, tym bardziej jest wdzięczna Panu Jezusowi, że zbawienie jakim się raduje, jest na zawsze". Teraz ma też więcej czasu na modlitwę, widzi potrzeby w najbliższej rodzinie, w sąsiedztwie, zborze. Wymodloną ostatnio, jest możliwość podjęcia pracy przez najmłodszego wnuka Pawła. Ciocia Ewa opowiadała jak po skończeniu licencjatu nie miał szans na zatrudnienie w wyuczonym zawodzie, a ona postanowiła kilka razy dziennie przychodzić przed Pana w tej sprawie. Po pewnym czasie otrzymał propozycję pracy i obecnie jest zatrudniony zgodnie ze zdobytym wykształceniem. Wiele jest takich dowodów Bożej wierności i łaski, które w długim i pracowitym życiu osobiście doznała.

"Panie! Łaska Twoja do niebios sięga a wierność Twoja aż do obłoków".

Warte przeczytania

Email Drukuj PDF

Pokażmy jutro, że dziś naprawdę uwielbiamy Pana!

autor: Marian Biernacki

Dziś tzw. niedziela palmowa, czyli wspomnienie niezwykłego przybycia Jezusa do Jerozolimy. Jak wiadomo Pan - zgodnie z prorocką zapowiedzią - wjechał do miasta na oślęciu. Witał Go wiwatujący tłum wołając: Hosanna! Błogosławiony, który przychodzi w imieniu Pańskim, król Izraela! [Jn 12,13]. Euforia, zachwyt Panem wśród Izraelitów wydawał się być naprawdę wielki. Można było odnieść wrażenie, że już cały świat poszedł za nim [Jn 12,19]. Niestety, kilka dni później okazało się, że jest inaczej...

Każdej niedzieli w tysiącach zgromadzeń chrześcijańskich ma miejsce uwielbianie Pana. W większości przypadków towarzyszy temu wspaniała oprawa muzyczna. Muzycy grają na różnych instrumentach, liderzy uwielbiania dobierają stosowne utwory, najlepsze głosy wspierają zbór w śpiewie. Coraz częściej całość uwielbiania wzmacnia się grą świateł, tańcem i flagowaniem. Naprawdę, popaść można w (samo)zachwyt, tak podniosła i budująca bywa ta część nabożeństwa.

Rzeczywista wartość niedzielnego uwielbiania okazuje się wszakże w ciągu tygodnia. Ile z tego oddania i zachwytu Panem widać w nas w kolejnych dniach? Zobaczmy to na przykładzie uczniów Jezusa, którzy jak najbardziej brali udział w euforycznych wydarzeniach niedzieli palmowej.

Okazało się, że już w środę któryś z nich zamienił relacje z Jezusem na pieniądze. Już w czwartek wieczorem paru z nich przydarzyła się dziwna ociężałość i senność, tak że nawet jednej godziny nie mogli przetrwać z Jezusem w tym, co przeżywał. Już w piątek nad ranem któryś z nich trzykrotnie wyparł się swojego związku z Panem. Nim skończył się tydzień wszyscy Go opuścili i uciekli [Mk 14,50].

A my? Co z niedzielnej postawy zachwytu Panem Jezusem widać w nas w kolejnych dniach tygodnia? Syn Boży godzien jest szczerego, pełnego i stałego oddania. Nie jest żadną sztuką na krótko, pod wpływem pozytywnych emocji, teraz, dzisiaj, wychwalać Jezusa, jak wówczas, w niedzielę palmową.

Pokażmy jutro, że dziś naprawdę uwielbiamy Pana!

Artykuł pochodzi ze strony http://dzisiajwswietlebiblii.blogspot.com/

Świadectwo - Henryk Adamczyk

Email Drukuj PDF

Urodziłem się na wsi koło Wodzisławia Śląskiego. Rodzice dbali o ciepło domowego ogniska. Wychowywali mnie i brata w karności do obowiązujących zasad religijnych. Szkoły podstawową i zawodową kończyłem jako jeden z najlepszych uczniów w klasie. Dostałem się bez egzaminów do Technikum Elektronicznego w Tychach. Rodziców nie było wtedy stać na opłacanie mi internatu, więc poszedłem do pracy, do kopalni. Pracowałem jako elektryk dołowy w tak zwanej "mordkolunie". Tu też odrabiałem wojsko i spłacałem zaciągane pożyczki na remont domu rodzinnego.

Moim hobby była fotografia. Była celem i sensem mojego życia. Pragnąłem tworzyć obrazy światłem, być artystą docenianym i podziwianym. Nie miałem daru malowania, pisania wierszy, rzeźbienia, tworzenia muzyki, ale potrafiłem dostrzegać piękno otaczającego mnie świata. To piękno przekazywałem, fotografując te obrazy. Założyłem własną rodzinę, odnosiłem nawet sukcesy na wielu wystawach, ale okupywałem to też było to okupione znoszeniem kpin, zawiści i zazdrości innych ludzi z branży. Przebywając w środowisku ludzi fotografii, zauważyłem, że nie stronili od alkoholu i drogich papierosów. W domu bywałem gościem. Praca w kopalni i wyjazdy na wystawy pochłaniały dużo czasu. W 1981 roku zginął w wypadku mój brat. Ojciec powiedział wtedy, abym rzucił pracę pod ziemią, bo nie chce stracić i drugiego syna. Na kopalni byłem znany z fotografii o tematyce górniczej. Kopalnia poszukiwała w tym czasie fotografa zakładowego do rejestracji wypadków i obróbki folderów reklamowych z domów wczasowych należących do kopalni.

W tym też czasie zdałem egzaminy w cechu fotograficznym i otworzyłem prywatny zakład "Fotoreportaże". Nareszcie czułem się potrzebny, miałem uznanie i byłem "wolny". Pracowałem wtedy, kiedy miałem na to ochotę. Mogłem na przykład w godzinach pracy wywiesić za szybą zawieszkę o treści "pojechałem po materiał", a w tym czasie opalałem się na żwirowni z dziewczyną pracującą w ciemni. Gdy nadarzała się okazja, zamykałem zakład i piłem alkohol z kopalnianymi malarzami czy też innymi kolesiami z powierzchni, którzy często zachodzili do mnie z butelkami alkoholu. Znałem tysiąc różnych kawałów. Często po pracy były też imprezy, wtedy dzwoniłem do domu, mówiąc, że wypadło mi fotografowanie pogrzebu, urodzin, wizyty krewnych z Niemiec - i dziesiątki przeróżnych kłamstewek. Wracałem do domu późną nocą albo dopiero na drugi dzień. Miałem Dbałem jednak w dalszym ciągu o rodzinę: wyremontowałem dom, wybudowałem garaż, budynek gospodarczy, kupiłem nowe meble, samochód, kolorowy telewizor. Pieniędzy rodzinie nie brakowało. Praktykowałem wiarę, chodziłem do spowiedzi, często do różnych spowiedników. Sumienie mnie upominało, ale ja brnąłem coraz bardziej w pijaństwie. Lubiłem towarzystwo, gdzie były też nieznajome mi kobiety. Popróbowałem też narkotyków. Fascynowały mnie horoskopy i wróżby, w myśl zasady "artysta musi wszystkiego spróbować".

W 1989 roku otrzymałem wreszcie upragniony paszport. Najpierw wyjechałem do Niemiec na zbiór truskawek. Otrzymywaliśmy wtedy wynagrodzenie 20-krotnie wyższe niż w Polsce. Za dwa miesiące pracy mogłem w kraju kupić fiata "malucha". Moja rodzina miała pochodzenie niemieckie, więc 1 listopada 1989 roku, po powrocie do domu z grobu ojca, spakowałem walizkę, wziąłem niezbędne dokumenty i z dwoma kolegami jako turyści uciekliśmy do "Rajchu". Rodzina musiała jeszcze pozostać w oczekiwaniu na paszporty. Po zgłoszeniu się do obozu uciekinierów otrzymałem dowód rejestracyjny jako obywatel niemiecki, przydział do landu, gdzie miałem uczyć się języka niemieckiego i czekać na pracę, mieszkanie i rodzinę. Zamieszkałem w Badenii Witenbergii Badenii-Wirtembergii, w małym hotelu kilka kilometrów od miasta Ulm, gdzie dokąd wcześnie rano dojeżdżałem pociągiem do szkoły, a później na douczanie w zawodzie. Otrzymywałem dodatkowo 500 DM na własne potrzeby. Rano była szkoła, a po południu czas na imprezowanie; rodzina była jeszcze daleko w Polsce.

W soboty jeździłem rowerem do odległej o 16 km parafii, aby oczyścić się z grzechów w konfesjonale u polskiego spowiednika. Pewnego razu na przerwie w szkole usłyszałem, jak kolega z Polski rozmawia z Rosjaninem o Jezusie. Zaintrygowała mnie ta rozmowa, podszedłem więc do nich, mówiąc, że też jestem wierzący - i na dowód tego pokazałem im pokaźnych rozmiarów medalik zawieszony na mojej szyi. W odpowiedzi usłyszałem od Marka, że jestem "religijny", a nie wierzący. Zapytał, czy wiem, że jestem grzesznikiem. Odpowiedziałem: "Pewnie, że wiem, i dlatego chodzę do spowiedzi". Marek na to: "To wyspowiadaj się Jezusowi ze swoich grzechów i proś Go o przebaczenie, a następnie zaproś Go do swojego serca jako osobistego Zbawiciela". Odpowiedziałem, że zrobię to na następnej mszy. Marek kontynuował: "A czy możesz to uczynić tu i teraz?". Odpowiedziałem trochę zaskoczony, że chyba mogę. Uklęknąłem pomiędzy ławkami i zaprosiłem w modlitwie Jezusa do mojego serca - tak jak sugerował mi Marek. Wręczył mi Nowy Testament w języku polskim, mówiąc, że jeżeli chcę poznawać mojego Pana, to muszę czytać Nowy Testament.

Od dłuższego czasu tak się utarło, że po powrocie ze szkoły do hotelu, któryś z kumpli szedł do sklepu po wódkę, a następnie, pijąc, oglądaliśmy na wideo filmy, w większości pornograficzne. Tego popołudnia zjadłem szybko obiad i omijając kumpli, wymknąłem się do lasu, gdzie ukryty na ambonie myśliwskiej czytałem otrzymane od Marka Pismo Święte, aż do zapadnięcia zmroku. Rano, jak każdego poprzedniego dnia, byłem w jadłodajni pierwszy. Szybko zjadłem swoje śniadanie, a następnie, jak wcześniej, z widelcem w ręce zabierałem się do tego, aby z talerzy kolegów zbierać lepsze kawałki szynki na przygotowanie sobie kanapek do szkoły - nikt przecież mnie nie widział, w takim przekonaniu robiłem to do tego poranka. Teraz było inaczej - zrobiło mi się jednak wstyd, gdy zamierzałem to uczynić - dała o sobie znać świadomość, ożyło sumienie, odczuwałem obecność Jezusa. Zdałem sobie w tym momencie sprawę, że On mnie przecież zawsze widział, jak mogłem być taki podły?

Spędzanie wolnego czasu popołudniami uległo radykalnej zmianie, zamiast oglądać filmy i pić alkohol z kolesiami, spotykałem się z Markiem i jego znajomymi na społecznościach i czytaniu Słowa. Parę miesięcy później dojechała do mnie moja rodzina. Oni też przyjęli Pana do swoich serc. Dopiero teraz zrozumiałem, jaką mam wspaniałą żonę, którą dał mi Pan. Ambicje, marzenia nie są złe, kiedy Pan Jezus jest na pierwszym miejscu w życiu - wtedy wszystko inne jest na właściwym miejscu.

Świadectwo pochodzi z książki pt."Sens mojego istnienia cz.II"

Świątynia naszego ciała

Email Drukuj PDF

" Kościół tak często modli się :
Ach, Panie, poślij nam Twoją obecność. Zstąp wpośród nas - porusz nas. Objaw nam siebie!

Ale Boża obecność nie zstępuje tak po prostu. Nie zstępuje nagle i nie zaskakuje i nie oszałamia zgromadzenia. Wydaje się, że mamy wyobrażenie, iż obecność Chrystusa jest niewidzialnym dymem, który Bóg rozpyla w atmosferze, tak jak starotestamentowy obłok chwały, który tak wypełniał świątynię, że kapłani nie mogli ustać i pełnić swojej służby. Zapominamy, że teraz nasze ciała są świątynią Boga i jeżeli Jego chwała przychodzi, to musi okazać się ona w naszych sercach i wypełnić nasze ciała. Chrystus nie zamieszkuje budynków czy atmosfery; właściwie niebiosa nie mogą Go ogarnąć. Manifestuje się On raczej w naszych posłusznych i uświęconych ciałach - Jego świątyniach.

Myśmy bowiem świątynią Boga Żywego, jak powiedział Bóg; Zamieszkam wśród nich i będę Bogiem ich, a oni będą ludem moim /2 Kor.6, 16/.

Albo czy nie wiecie, że ciała wasze są świątynią Ducha Świętego, który jest w was?
/1 Kor 6, 19/

David Wilkerson 1989

Strona 1 z 3

Werset

Tak więc, jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem; stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe.
2 Kor. 5.17
 

Kontakt

Kościół Zielonoświątkowy
Zbór DOBRA NOWINA
43-460 Wisła - Nowa Osada
ul. Wyzwolenia 21A

tel: 33 855 13 10

email Redakcja

Copyright © 2018 KZ Dobra Nowina Wisła. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt i wykonanie MSB World